Wstał kolejny poranek. Słoneczny, mroźny i falujący na delikatnym wietrze poranek. Drzewa otulone warstwą postrzępionego szronu, okna przystrojone lodową mozaiką. Bez względu na ten ogromny chłód, wróble, sikorki i gile gromadziły się przy pańskim dworze, oczekując na ziarno, które miały dostać kury. Tego dnia cały dom Hrabiego wstał z pierwszym pianiem koguta. Poranna toaleta - mycie twarzy, ubieranie się i upinanie włosów. Zaraz po tym skromne śniadanie i praca. Macocha Zuzanny, jako pani domu, pomagała Hrabiemu przy organizacji balu. Szczególną uwagę poświęciła komnacie, która czekała na przyjazd Króla. Sama Macocha, czekała na niego, jakby ze zniecierpliwieniem. Atmosfera w domu była niezwykła. Elżbieta i Grażyna bez słowa sprzeciwu zabrały się za pracę w kuchni. Zgarniały popiół, przesypywały go do popielniczek i rozsypywały po dróżkach. Wychodząc na dwór, zasłaniały głowy kapturami od płaszczy, aby czasem kawalerzy ich nie dostrzegli przy pracy dla służby. Odkąd ojciec zapowiedział wizytę Króla i Księcia, bardzo chciały pójść na bal, jeszcze bardziej niż wcześniej. Zmówiły się między sobą, aby dobrze i szybko wypełnić zadanie ojca. Przez moment zastanawiały się, czy czasem nie wyrządzić Zuzannie jakiegoś kaprysu, ale prędko przypomniały sobie, że przecież ich siostra nie chce Księcia. Zuzanna, tak jak jej siostry, miała przed sobą bardzo pracowity dzień. Pomagała przygotować bal, chociaż była pewna, że na niego nie pójdzie. Jej suknia była przecież zniszczona, a ojciec kazał jej zostawić strzępki sukni w spokoju, mimo tego, że chciała je zszyć. Było jej przykro, kiedy myślała o tym, że zabawę spędzi w swojej komnacie i to samotnie. W dodatku Witold... Zuzanna była przekonana, że być może stracił jedyną okazję, by pójść na swój pierwszy bal. Te wszystkie smutki odganiała, jednak na bok. Z uśmiechem i dobrotliwym spojrzeniem służyła pomocą. Razem z innymi pannami polerowała srebro i układała je na stole, wraz z talerzami i kielichami. Tak jak ona, Witold również był zajęty przygotowaniami. Wspinał się po długiej drabinie i wieszał na ścianach balowej sali, długie i ciężkie łańcuchy splecione z sosny oraz jałowca. Ozdobione były szyszkami przeróżnej wielkości i owocami samego jałowca. Przy każdym łączeniu łańcucha, wieszał trzy suszone jabłka. Kiedy miał ku temu sposobność, młodzieniec, zerkał w stronę Zuzanny i posyłał jej promienny uśmiech. Dzień mijał wszystkim w takim przejęciu i pośpiechu, że godziny same uciekały. 
   Przyszła pora obiadu. Hrabia wraz z rodziną zasiadł do stołu. Kucharz przygotował dla nich ziemniaczane pyzy z omastą. Wszyscy byli tak głodni, że zjedli bez żadnego szemrania. Pierwsze zjadły siostry - Elżbieta i Grażyna. Otarły usta chustką i chciały odejść od stołu.

   - A wy dokąd, moje panny? - zapytał Hrabia.

   - Do pracy, ojcze. - odparły jednym chórem siostry. 

   - Zaczekajcie chwilę. - odparł zdziwiony - Dziś wieczorem, przy kolacji dowiecie się, czy wasza praca przyniosła upragnione owoce. Będzie także trzeba rozsądzić sprawę stroju Zuzanny i Witolda.

Siostry spuściły głowy, jakby pierwszy raz w życiu odczuły poczucie winy. Mimo skrywanej dalej zazdrości i niechęci do starszej siostry, coś w nich pękło. Wydawałoby się, że dni ciężkiej pracy złamały choć odrobinę, ogromną pychę i dumę. 

   - Teraz już możecie odejść. - rzekł Hrabia, kiedy zobaczył skruszoną postawę córek.

Następnie odprawił również Zuzannę i Witolda, a sam udał się z żoną na mały spoczynek. 
   Mijały kolejne godziny. Przez salę balową ciągle ktoś przechodził, coś wnosił, coś wynosił. Kiedy Witold w końcu skończył z łańcuchami, począł wnosić z innymi krzesła i ustawiał je od razu przy stole. Na każdym krześle miała zostać położona szkarłatna poduszka. Krążąc pomiędzy salą, a schowkiem, Witold z większą łatwością mógł przyglądać się ukochanej dziewczynie. Zuzanna ustawiała z największą dbałością sztućce, zaraz obok talerzy i kielichów, a jeszcze czekały na nią świeczniki. Gdy skończyła układać zastawę stołową, poczęła układać na nim małe dekoracje. Pojedyncze, splecione i zszyte ozdoby, zrobione z jałowca, jemioły, suszonych kwiatów, a także jabłek. W tym czasie parobcy odgarniali śnieg na podwórzu, który nasypał nocą. Torowali wjazd od drogi do podwórza, a niektórzy z nich torowali drogę wiejską wraz z okolicznymi chłopami. Nikt nie marudził, nikt nie narzekał. W końcu, czy na każdy szlachecki bal przyjeżdża Król?
   Zapadł wieczór. Niebo choć ciemne, błyskało jeszcze ostatnimi, pomarańczowymi promykami słońca. Przy wspólnym stole ponownie zasiadła rodzina. Zuzanna siedziała na przeciw Witolda, ukradkiem zerkała na niego tak, by nikt tego nie zauważył. Natomiast on zerkał na nią i trwali tak w ciszy przy stole. Obok Zuzanny siedziały jej siostry, były już mniej ciche i spokojne. Niecierpliwie czekały na ostateczny werdykt ojca. Hrabia wraz z żoną, siedzieli obok Witolda. Wspólnie jedli chleb, pasztet z zająca oraz pili ziołową herbatę. Gdy skończyli, Hrabia zaprosił rodzinę do salonu, tam też służba zaniosła herbatę i placek śliwkowy. 

   - Moja droga! - Hrabia zaczął od żony - Dziękuję, że byłaś i jesteś ze mną.

Hrabina uśmiechnęła się do męża, on zaś mówił dalej:
 
   - Grażyno! Elżbieto! Wasze ostatnie poczynania nie dały mi powodu do dumy. Jednak uczciwie odpracowałyście swoje przewinienia. Pójdziecie na bal.

Siostry pisnęły i podskoczyły z radości.

   - Ach, ojczulku! - zawołały razem.

   - Dajcie mi skończyć. - odparł Hrabia - Była to dla mnie nauczka, by nie puszczać płazem waszych przewinień. Jeżeli znów dojdzie do tak niedopuszczalnej sytuacji, kara się powtórzy i będzie jeszcze sroższa. 

Dziewczęta przeraziły się. Nie chciały nigdy więcej być kopciuchami. Obiecały ojcu zmianę na lepsze, po czym słuchały, co mówi dalej...

   - Jest jeszcze jedna sprawa. Zuzanna nie ma sukni, a Witold fraka. Mimo to, obiecuję, że na bal pójdziecie, a jakieś stroje z pewnością się znajdą. 

Zuzanna uśmiechnęła się do ojca i delikatnie skłoniła główkę w podziękowaniu. Witold był za to zmieszany. Wiedział o wszystkim. Poważnie spoglądał przed siebie, jakby martwiło go coś więcej, lecz nic nie mówił. 

   - Moje drogie! - odparł raz jeszcze Hrabia - Jutro swoją obecnością zaszczyci nas król. Jutro moje córki, poznacie bliżej swoich wybranków. 

Siostry ucieszyły się ogromnie. Gdzieś nadal myślały, jednak o księciu i układały plan, jakby go sobą zauroczyć. W końcu są piękne, a gdyby tak książę zobaczył jedną z nich w klejnotach, i w towarzystwie możnych panów? Być może poczułby zazdrość? Myślały tak i myślały, a wieczór mijał. Rodzina Hrabiego miło gaworzyła przy herbatce i kawałku ciasta. Płomień w ognisku tańczył wesoło, a skry strzelały radośnie w powietrze. Po pewnym czasie, panie opuściły salon, a panowie pozostali sami. 

   - O co chodzi? - spytał Hrabia.

   - Jak to? Czemu pytasz? - odpowiedział pytaniem na pytanie Witold.

   - Nie udawaj. Widzę, że coś cię trapi. - odparł wuj.

   - Zastanawiałem się, czy jej nie rozczaruje, jako książę... - westchnął młodzieniec.

Hrabia zaśmiał się i zapytał:

   - A to ktoś inny? Przyobleczesz w strojnych szatach inną twarz?

Młodzieniec chwilę się zastanawiał. Postukał palcami o filiżankę herbaty i odparł: 

   - Zmieniłem się tu, jako twój bratanek, ale byłem inny jako książę.

   - Witoldzie! - powiedział twardo Hrabia - Najważniejsze jest właśnie to, że się zmieniłeś. Sam to dostrzegasz! Teraz będziesz mógł być lepszym księciem. Nie jesteś już tym samym człowiekiem.

Witold wzruszył się, uśmiechnął i odparł:

   - Dziękuję wuju.