Dawno, dawno temu było sobie wielkie i potężne królestwo. W królestwie tym na tronie zasiadał bardzo mądry i szanowany król. Miał on syna jedynaka. Ukochanego przez siebie księcia Witolda. Był to chłopiec dobry i posłuszny. Miód na ojcowskim sercu. Miał jednak jedną wadę. Nie lubił pracować. Jak tylko mógł, tak uciekał od obowiązków. Dlatego też król postanowił wysłać swego syna do pracy na wieś, by tam spokorniał i docenił pracę rąk ludzkich. Oczywiście pomysł ten nie spodobał się księciu. Jednak nie miał wyjścia, gdyż nie była to prośba, a królewski rozkaz. I stało się tak, jak chciał król.

Pewnego poranka król przywołał do siebie swego syna. Na rozkaz ojca książę pojawił się w wielkiej sali tronowej, gdzie odbywały się najważniejsze narady i spotkania z dostojnikami. Gdy książę Witold stanął przed królem odczuł ogromny lęk. W sali tronowej znajdowała się ogromna waliza, która właśnie do niego należała. Wystraszył się, że ojciec naprawdę chce posłać go do chłopów na wieś. Po chwili zastanawiania się nad tym, aż zaczął dygotać. Wtedy król złapał za swoje złote berło i dwukrotnie uderzył nim o marmurową posadzkę. Książę Witold nagle uspokoił się i spojrzał na swego ojca, a ten przemówi do niego w te słowa:

– Synu mój! Jesteś księciem i następcą tronu. Jesteś już młodzieńcem i to w dodatku dobrym. Patrzę na ciebie i widzę, że jesteś blisko królewskiej mądrości. Nigdy jednak nie poznałeś mozołu pracy. Jak tylko możesz uciekasz od obowiązków. Dlatego też dziś wyjedziesz z pałacu! Opuścisz swój dom! A zamieszkasz z moim przyjacielem, który porzucił bogactwo i poświęcił się pracy.

Królewski syn zaniemówił. Nie wiedział co ma zrobić. Próbował odpowiedzieć coś ojcu, ale nie mógł znaleźć nawet jednego, odpowiedniego słowa. Król zauważył ogromne zmieszanie syna, lecz nie przejął się nim. Za to zaczął mówić dalej:

– Przyjaciel mój posiada ogromne gospodarstwo pełne zwierząt i drzew owocowych. Tam właśnie synu będziesz pracował. Pozostaniesz tam pod zwierzchnictwem mego przyjaciela i masz mu być posłuszny!

– Ojcze! Ale jak to!? Mam słuchać się jakiegoś chłopa!? – wykrzyczał książę.

– Witoldzie! Jak powiedziałem, to tak też masz uczynić! Zdania nie zmienię! Na dodatek pozostaniesz tam pełny rok! I nie wolno ci wcześniej wrócić do pałacu! Sam po ciebie poślę, gdy przyjdzie czas. – odpowiedział w gromiący sposób król.

Książę Witold nic już nie mówił. Chociaż był zły z powodu takiej decyzji ojca, to wstyd mu się zrobiło, że podniósł głos. Słuchał, więc posłusznie dalej. Rok wyjazdu był dla niego wiecznością, ale to nie była jedyna okrutna decyzja ojca.

– Drogi Witoldzie! To nie wszystko! Mój przyjaciel ma trzy córki. Kiedy po roku przyjedzie po ciebie karoca, to masz do niej wsiąść wraz z jedną, z jego córek, a swoją przyszłą żoną! – powiedział król.

– Ojcze! Królu! Ale jak? Ja! Książę! Mam się ożenić z chłopką? – zdenerwował się książę.

Król zmarszczył brwi. Wstał i ze złością uderzył berłem o posadzkę. Gdy tylko młody następca tronu usłyszał ten huk i zobaczył jak bardzo rozgniewał ojca, to od razu zamilkł i stanął w bezruchu. Natomiast bardzo zdenerwowany król podszedł do syna i zdjął mu z palca królewski sygnet. Wrócił zaraz na tron i dodał jeszcze:

– Synu! Dość mam już tego! To nie jest moja prośba! To dekret królewski! I ty synu masz go wypełnić! Dziś skromny powóz zawiezie cię bardzo daleko od tego miejsca. Nikt cię tam nie zna i nikomu nie wolno ci powiedzieć kim jesteś! Tylko mój przyjaciel wie o twoim pochodzeniu. Pojedziesz tam, jako jego daleki bratanek i masz mu być posłuszny! A sygnet odzyskasz, gdy wrócisz tu z żoną!

Na tych groźnych słowach król skończył rozmowę z synem. Wstał i wrócił do siebie. Natomiast książę Witold musiał wypełnić królewski dekret. Służący przygotowali dla niego powóz. Nie różnił się on niczym od innych, zwykłych powozów. Po prostu był zwyczajny, bez ozdób i miękkich poduszek. W dodatku połowę miejsca w powozie zajmowała wielka waliza. Brakowało jeszcze tylko księcia. Służący cierpliwie czekali przed pałacem. Powoli zbliżało się południe, a przed zmierzchem musieli być na miejscu. W końcu zszedł. Nie wyglądał jednak jak syn króla, a nawet jak dworzanin. Na podróż dostał od ojca proste, chłopskie ubranie. Bez sygnetu, w prostym ubraniu sam przypominał chłopa. Widok ten bawił służących, ale nie pokazywali tego przy księciu. Po kilku minutach każdy z nich był na swoim miejscu. Woźnica trzymał lejce, paź siedział w powozie, a obok niego książę. Zapowiadała się długa podróż…

 

„Mój Kopciuszek” to kolejne opowiadanie dla dzieci 🙂 Napiszcie co o nim myślicie i czy podoba Wam się ta krótka zapowiedź 🙂

Pozdrawiam

Kmacisia 🙂