Mój Kopciuszek (VII)


Wschód słońca ponownie z radością zaświtał nad domem Hrabiego. Nie minęło wiele czasu, a mogłoby się wydawać, że wszyscy zapomnieli już o przykrym wypadku. Każdy trwał przy swoim zajęciu, tak hajducy, parobcy, jak i domowa służba. Nikt nie próżnował. Tylko Elżbieta i Grażyna wciąż oddawały się uciechom. W kuchni praca wrzała najbardziej. Późnym wieczorem na dworze miało odbyć się wystawne przyjęcie urodzinowe na cześć samego Hrabiego Henryka. Nadworne kucharki uwijały się jak mogły. Nie były jednak same. Od świtu pomagała im Zuzanna. Bardzo zależało jej na tym, aby ucieszyć kochanego ojca ulubionymi potrawami. Wszystkiego pilnowała. Sprawdzała smak i wygląd każdej potrawy. Upiekła też ojcu ukochany przez niego placek cytrynowy. W pewnej chwili pracę w kuchni przerwał Witold.

– Witam drogie panie! – odrzekł z radością – Czy mogę wam się na coś przydać?

– Witaj! Z pewnością coś się dla ciebie znajdzie! – odpowiedziała Zuzanna.

– Wiesz.. – dodał – Twój ojciec… To znaczy Hrabia, zwolnił mnie dziś z obowiązków.

– Widzę, że cieszysz się bardzo z tego powodu. – zaśmiała się.

– Tak! I to bardzo… – odparł – W końcu mogę spędzić z tobą trochę czasu. Ty poświęciłaś mi go bardzo wiele.

Zuzanna zarumieniła się, lecz nic nie odpowiedziała Witoldowi. Zaprosiła go do kuchennego blatu i pokazała, jak wyrabia się ciasto na najprzedniejsze pączki. Stali wspólnie obok siebie i ugniatali drożdżowe ciasto. Chwilami tylko zerkali na siebie ze skrywanym uśmiechem. Witold choć był bardzo pochłonięty nową, cukierniczą pracą, to wracał cały czas myślami do momentu wypadku. – Złapał za belkę siana i naraz runął na niego cały stos. Potem obudził się w wygodnym łóżku, w najlepszej komnacie. Na łóżku zaś, tuż obok niego, siedziała Zuzanna. Wpatrzona w niego jak w najpiękniejszy obraz. Miękką ściereczką wycierała delikatnie pot z jego rozgrzanego czoła. Przychodziła do niego codziennie. Przynosiła mu przednie napoje i ciepłe posiłki. Poprawiała poduszkę i zasłaniała zasłony, gdy zbyt raziło go słońce. Przez te kilka dni widział w niej prawdziwego anioła. Gdy już ozdrowiał i wrócił do pracy wśród parobków, to dalej patrzył na nią, jak na najcudowniejszą istotę na całej ziemi. Dopiero po tych kilku dniach spędzonych w chorobie, dostrzegł kim jest. Przypatrywał się Zuzannie. Patrzył jak pracuje, jak dobre i życzliwe ma serce. A on…? Był dość leniwy i myślał głównie o własnej przyjemności. Nie chciał już taki być. Pokochał Zuzannę i bardzo pragnął, by dziewczyna odwzajemniła jego uczucie. Dlatego postanowił, że zrobi wszystko, by zmienić się w lepszego człowieka. Człowieka, który choć trochę przypominałby dobrocią cudowną Zuzannę.

  Wieczór zbliżał się nie ubłaganie. Służba szykowała porcelanową zastawę na stoły. Z wolna zapalano świece, by ich blask oświetlał pięknie przystrojone stoły. Zapach fiołkowych bukietów unosił się w powietrzu. Czerwony blask zachodzącego słońca ustępował już wschodzącemu księżycowi. Po rozległej, przystrojonej już sali wędrował wolnym krokiem Hrabia. Odświętnie ubrany oglądał każdy kąt, sprawdzał czy wszystko jest dobrze przygotowane. Gdy tylko zdążył wyjść z sali zaraz pojawiła się jego żona i córki. 

– Gdzie Witold, najdroższa? – zapytał Hrabia swą żonę.

– Mój drogi! – odrzekła – Witold wciąż jeszcze się szykuje. Nie wiem, czemu zajmuje mu to tyle czasu…

– Ojczulku! – wtrąciła się Zuzanna – Witold bardzo ucieszył się z nowego fraka, który mu podarowałeś. 

– Na pewno go podziwia, zamiast się ubrać. – zażartował Hrabia.

Z wolna zaczęli schodzić się pierwsi goście. Kolorowe lampiony bajkowo świeciły w oknach, a orkiestra poczęła grać skoczne piosenki. Służba uwijała się przy stole. Jeden za drugim znosili pączki, ciasta, kopytka, pieczone udka, poncz i grzany miód, a temu jeszcze nie było końca. Tylko wciąż brakowało na sali Witolda. Gości przybywało, a jego brakowało. Hrabia w końcu rozgniewał się na młodzieńca. Myślał, że ten wcale nie chce przyjść. Rozkazał służbie natychmiast go znaleźć. Nie minęło wiele czasu, gdy jeden z lokai przyprowadził zgubę.

– Gdzieś ty był? – zapytał rozgniewany już Hrabia.

– Drogi wuju! – odrzekł Witold – Wybacz! Nie chciałem cię rozgniewać. Witałem tylko gości przy głównej bramie i wskazywałem im drogę.

– Przecież nie kazałem ci tego robić. – odpowiedział Hrabia i mocno zmarszczył brwi.

– Tak, wiem. – mówił dalej młodzieniec – Chciałem tylko pomóc. Sprawić, aby twoi goście wuju czuli się dobrze. Staram się, choć wiem, że źle zacząłem, gdy tu przyjechałem. 

– Widzę, że starasz się Witoldzie. Wiem też, że nie robisz tego dla mnie. Pamiętaj tylko, że Zuzanna jest mi najdroższa na świecie i nie wolno ci jej skrzywdzić. – Hrabia poklepał Witolda po ramieniu i dodał – Idź! Zatańcz z nią. Moja córka czeka na ciebie cały wieczór.

Młodzieniec ukłonił się wujowi. Uściskał go mocno, życzył wszystkiego dobrego i poszedł szukać Zuzanny. Sala pękała w szwach. Strojnych gości było tak wielu, że z początku Witold nie mógł dostrzec ukochanej. Gdy nagle stanęła przed nim Grażyna wraz z Elżbietą. 

– Kogóż to szukasz Witoldzie? Chyba nie Zuzanny? – śmiały się jedna przez drugą.

– Właśnie, że Zuzanny. Wiecie być może, gdzie ona jest? – zapytał roześmianych sióstr.

– Przystojnie dziś wyglądasz. Dosłownie jak książę! Zatańcz z nami! Po co ci Zuzanna? – droczyły się z Witoldem.

Młodzieniec udał jednak, że nie słyszy tego, co mówią. Odwrócił się i odszedł w drugą stronę. Rozglądał się wciąż szukając pięknej twarzy Zuzanny. Muzyka grała, goście tańczyli, a hałas na sali był coraz większy. Światła kolorowych lamp wirowały magicznie pomiędzy gośćmi, a płomień świec nadawał sali romantycznej atmosfery. Po kilku minutach w końcu Witold ujrzał ukochaną przez siebie dziewczynę. Siedziała przy małym stoliku i z uśmiechem przyglądała się tańczącym gościom. Młodzieniec stanął tuż przed nią, ukłonił się, pocałował Zuzannę w dłoń i odrzekł:

– Czy zechcesz zatańczyć ze mną?

– Cały czas czekałam na ten taniec. 

Wstała i ruszyła oparta o ramię Witolda na środek zapełnionej sali. Objęli się wzajemnie i ruszyli do skocznego oberka. Wpatrzeni w siebie wirowali po sali biesiadnej. Wieczór zdawał się nie mieć końca, a ich iskrzącej w tańcu miłości, przyświecał blask księżyca. 

 

Reklamy

6 myśli w temacie “Mój Kopciuszek (VII)

  1. Droga autorko,
    Historia moim zdaniem ma potencjał, natomiast mam kilka uwag. Po pierwsze, staraj się nie używać tak wielu zdań pojedyńczych, a szczególnie nie następujących po sobie. Lepszym pomysłem byłoby łączenie ich przecinkami lub słowami typu „a,ale,gdyż, itp.”, tak aby zachować ciągłość czytania. Dzięki temu nie brzmi to jak opowiadanie dziecka z podstawówki. Czytając, miałem wrażenie, że niektórych wątków musiałem się domyślać. Nie było szczegółowo opisane, jak Witold trafił do domu po wypadku, czy też w którym momencie Zuzanna się zakochała w chłopaku. Fajnie, gdybyś zwróciła na takie rzeczy uwagę.
    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Drogi Anonimku
      Dziękuję Ci za bardzo konstruktywny komentarz. Myślę, że każdy tworzy swój indywidualny styl pisania. Warto także przeczytać poprzednie części, gdyż można z nich się czegoś dowiedzieć. Cieszę się, że twoim zdaniem historia ma potencjał. Na pewno wezmę pod uwagę to, co napisałeś.
      Pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: