Kolejny dzień nastał. Słońce wstało. Tego dnia poranek budził ludzi z radością. Jednak nie wszyscy tego dnia wstali szczęśliwi. Na zamku króla Augustusa już przed świtem powstało wielkie poruszenie. Służba, dworzanie i całe rycerstwo biegało jak oszalałe po placu zamkowym. I choć dzień ten miał być początkiem kolejnego zadania, stał się też dniem, który mógł zakończyć wszelkie zmagania. Księżniczka Złocieńka szykowała się w swej komnacie, aby zaraz udać się do sali tronowej. Król chciał, aby Wojtek również przybył do zamku za nim wyruszy po kolejne zadanie. Miał jednak nadzieję, że śmiałek już w ogóle nie wyruszy. W królewskiej sali zbierało się co raz więcej osobistości. Ku przerażeniu księżniczki i poddanych, na placu zamkowym stanęła szubienica. Wielki i szalony król cieszył się w duchu z tragedii jaka mogłaby pomóc mu pozbyć się Wojtka. Nikt, prócz tylko kilku osób nie wiedziało co się stało. Zniecierpliwieni przybysze czekali tylko na Wojtka. Długo czekać nie musieli. Gdy tylko ten dowiedział się o królewskim wezwaniu od razu wyruszył do zamku. I tak w końcu pojawił się ten, na którego wszyscy czekali. Ogromny szum powstał w sali tronowej. Wojtek dumnie wkroczył do środka i szedł szybkim krokiem w stronę króla i księżniczki. Nie byli jednak sami. Obok tronu króla stał młody człowiek. Jego twarz wydała się Wojtkowi znajoma. Król Augustus nakazał umilknąć zebranym i przemówił:
– Wojtku! Cieszę się, że tak szybko przybyłeś na me wezwanie. Jednak nie jesteś tu po to, abym życzył ci powodzenia! Twoje ostatnie zadanie zostanie odwołane!
Poddani króla zaczęli głośno krzyczeć w jego stronę. I Wojtek, który zawsze pokornie służył królowi, również począł krzyczeć na króla:
– Co?! Królu, tak nie można! Co król sobie wyobraża?! To kpiny!
Władca Zielonej Doliny wstał. Zmarszczył brwi i wykrzyczał na całą salę:
– Cisza! Co tu się wyprawia!? Gdzie wy przyszliście?! Na targ?! A ty?! Syn chłopa nie będzie podnosił tonu na swojego króla! Zrób to raz jeszcze, a już nie ujrzysz światła dziennego! Zgnijesz w lochu!
Wszyscy umilkli. Wojtek zrobił się cały czerwony. Był wściekły, ale też było mu wstyd, że tak łatwo dał się ponieść emocjom. Król usiadł, z lekka się uspokoił i znów zabrał głos:
– Poddani! Wojtku! Doszły mnie słuchy o strasznym przestępstwie. O przestępstwie, które jak wiecie jest u nas karane śmiercią!
Lud Zielonej Doliny zbladł. Czyżby Wojtek, ich bohater, stał się łotrem? Wszyscy domagali się odpowiedzi od króla. Wojtek sam nie wiedział o co, tak naprawdę chodzi. Wreszcie król ponownie zabrał głos:
– Wojtku! Jesteśmy tu wszyscy, ponieważ ten młodzieniec, który stoi obok mnie oskarża cię o zabicie jego starszego brata, Wielkiego Księcia Północy, Dęboszyna!
Wśród ludu powstał wielki szum. Nikt nie mógł uwierzyć, że szlachetny bohater mógłby zrobić komuś krzywdę. Jednak do tej pory nie powrócił jeszcze Wielki Książę. Młodzieniec, który stał obok króla zabrał głos:
– Przyjaciele! Jestem tu, ponieważ chcę, aby sprawiedliwości stało się zadość. Siedem dni upłynęło. Wojtek wykonał już dwa zadania, a mój brat nie powrócił. Wczoraj natomiast wrócił tylko jego koń! Bez jeźdźcy! A to znaczy tylko jedno! Wojtek, którego tak kochacie, wiedział, że nie ma szans z moim bratem i po prostu pozbył się go! A teraz niech za to odpowie!
Król i brat księcia byli gotowi, aby wysłać Wojtka na szubienicę. Straż przyboczna króla czekała już tylko na rozkaz. Księżniczka siedziała na swoim tronie i płakała, cała się trzęsła. Nie mogła uwierzyć, że tak dobry i szlachetny człowiek mógł zrobić krzywdę swojemu przeciwnikowi. Zresztą był on silniejszy i większy od księcia. Od początku się go nie bał. Jednak dumny brat księcia uważał inaczej. Chciał, aby król skazał Wojtka i miał też nadzieję, że król odda mu córkę w podzięce za pozbycie się przeszkody, jaką był dla króla Wojtek. Szum powstawał co raz to większy. Znaleźli się tacy, którzy przestali krzyczeć na młodzieńca i króla, a zaczęli obrażać Wojtka. Dzielny syn chłopa, jednak nie pozostał bez ostatniego słowa. Podszedł blisko do króla i bardzo pewny siebie powiedział:
– Królu! Nie możesz mnie skazać póki się nie obronię! Ja wiem co zrobiłem, a czego nie!
Augustus wątpił w jego niewinność. Jednak nakazał zebranym zamilknąć. I wysłuchać tego, co ma na swoją obronę oskarżony. Gdy zrobiła się zupełna cisza, królewski śmiałek odrzekł:
– Królu drogi! Wybacz, że jeszcze przed chwilą pozwoliłem sobie podnieść na twój majestat głos. Ty wasza wysokość za szybko, jednak podejmujesz decyzję. Jak sprawiedliwy król może zgładzić swojego poddanego bez wysłuchania go?!
Król robił się co raz bardziej czerwony ze złości. Poddani jego natomiast chętnie przysłuchiwali się w spokojny i pewny siebie głos Wojtka:
– Jestem tu dziś, ponieważ ów człowiek oskarżył mnie o to, czego nie zrobiłem! Książę Dęboszyn nie zginął z mojej ręki!
Za nim ten skończył, brat króla wykrzyczał do niego:
– Dla ciebie Wielki Książę! Ty kmieciu! Łżesz! I zapłacisz za to co zrobiłeś!
Wojtek pomimo gróźb książęcego brata kontynuował:
– Wasza wysokość! Przez część drogi towarzyszył mi Książę Dęboszyn, lecz z powodu jego okrutnej złośliwości wobec mnie rozdzieliliśmy się. Potem widziałem Księcia dopiero przy smoczej jamie i to tam zginął Książę.
Ludzie poczęli szemrać. Brat Księcia prawie rzucił się na Wojtka z mieczem. W porę, jednak powstrzymała go przyboczna straż króla. Sam Augustus nie mógł uwierzyć w to co powiedział Wojtek i był bardzo zdziwiony, aż w końcu zapytał:
– Czy chcesz powiedzieć, że Wielkiego Księcia zabił smok? A jeżeli tak, to jak to możliwe, że ty wciąż żyjesz?!
Syn chłopa nie miał problemu, aby odpowiedzieć. I chętnie to zrobił:
– Wasza wysokość! Jak już wspomniałem rozdzieliłem się z księciem, ponieważ był niezwykle niemiły. Zamiast skupić się na zadaniu obrażał mnie, dlatego więc wyruszyłem w dalszą drogę sam. Kiedy dotarłem do smoczej jamy zauważyłem, że Książę mnie ubiegł. Zdziwiło mnie to co zrobił. Wpadł po prostu do smoczej jamy z mieczem w ręku i zaczął grozić smokowi. Ten natomiast wściekł się i od razu go pożarł.
Wszyscy byli w szoku. Nie mogli uwierzyć w to co powiedział Wojtek. Brat księcia oraz król również nie chcieli w to uwierzyć. Dlatego król zapytał raz jeszcze:
– Skoro tak, to czemu ty wciąż żyjesz?
Śmiałek, który wykonał już dwa zadania, wcześniej już powiedział królowi jak udało mu się przylecieć na smoku. Powtórzył jednak raz jeszcze:
– Królu! Przecież już wcześniej ci mówiłem! Smok był ranny. Po cichu wkradłem się do jego jamy. Wyciągnąłem kolec, który tkwił w jego łapie. On wtedy złapał mnie i chciał mnie spalić! Jednak zauważył wyjęty kolec, który trzymałem! Uwolnił mnie i darował mi życie. Wtedy poprosiłem go o pomoc. On się zgodził. Chciał jednak, abym został jego przyjacielem. Ja zrobiłem to chętnie, a dalej królu już wiesz.
Augustusa odpowiedź ta nie zadowoliła. Księżniczka uwierzyła natomiast Wojtkowi. Wstała z tronu i rzuciła mu się na szyję. Król nie mógł tego znieść. Był już gotowy, aby skazać ukochanego swojej córki. Poddani jego, natomiast poczęli wołać:
– Niewinny! Bohater! Dęboszyn zły!
Nic król nie mógł poradzić. Ludzie, którymi władał i tak co raz mniej go słuchali. Nie chcieli go jako króla, dlatego nie mógł się im sprzeciwić. Brat księcia domagał się cały czas, aby skazano Wojtka. Augustus miał, jednak związane ręce. Nakazał, aby książęcy brat zamilkł. I uniewinnił Wojtka. Potem jeszcze dodał:
– Śmiałku! Poddani ci wierzą i ja ci wierzę! Pozwalam ci, więc wyruszyć po kolejne zadanie. Jednak musisz wrócić tu ze smokiem, aby on udowodnił to, że mówisz prawdę!
Nie wierzył bowiem władca Zielonej Doliny, że śmiałek mówi prawdę. Nie wiedział też, że smok potrafi mówić. Dlatego myślał, że nawet pojawienie się smoka nic mu nie pomoże. A on zyska we władanie wielkiego smoka, wielką mapę i gwiezdny pył. Ukochany jego córki natomiast zostanie skazany. Potężny syn chłopa nie bał się. Ukłonił się królowi. Odprowadził księżniczkę na jej miejsce. Potem ucałował w rączki i po cichu wyszeptał do ucha:
– Wrócę najmilsza.
Następnie wrócił przed królewskie oblicze i ukłonił się jeszcze raz. Kiedy chciał odejść, król nagle go zatrzymał i powiedział:
– Wojtku! Muszę mieć pewność, że dotrzymasz słowa i nie wykonasz zadania z pomocą feniksa, dlatego brat księcia Dęboszyna będzie ci towarzyszył. Sprawdzi twoją prawdomówność.
Augustus udawał dobre chęci, lecz w głowie obmyślał już okropny plan. Pozwolił Wojtkowi odejść. Nakazał, aby wszyscy rozeszli się do domów. I kiedy został już sam z Dęboszem, bo tak miał na imię brat Wielkiego Księcia, to wydał mu taki rozkaz:
– Weźmiesz mojego najszybszego konia. Pojedziesz za tym nicponiem, Wojtkiem i pozbędziesz się go. W zamian za to, ty zostaniesz moim następcą!
Dębosz ucieszył się na te słowa. Jednak nie był przekonany czy to na pewno dobry pomysł. W końcu Wojtek ma u swego boku feniksa i smoka. Król jednak o wszystkim już pomyślał:
– Czego się boisz? Przecież feniks nie może mu pomagać, a smoka tu nie ma. W drodze powrotnej ma się po niego udać, ale ty masz się postarać, aby tam nie dotarł! Rozumiesz!?
Brat księcia przestraszył się groźby króla. Nadal nie był pewien, czy to co ma zrobić nie zaszkodzi mu. Jednak pokusa bycia królem była większa. Tak też zgodził się. I udał się potem na spoczynek. Augustus był sprytny. Nie zamierzał pozbywać się jednego chętnego do tronu po to, aby oddać ten tron drugiemu. Kiedy Dębosz by wrócił, to oskarżyłby go o zgładzenie Wojtka i wtrąciłby go do lochu. Pomysł ten wydawał się królowi idealny. Dlatego zaraz i on udał się do swej komnaty na spoczynek zadowolony z siebie.
Było już późno. Prawie całe królestwo spało. Był jednak ktoś, kto nie chciał spać. Wojtek! Widział dziś ukochaną księżniczkę, lecz była ona smutna. Chciał móc znów z nią zatańczyć, pocieszyć ją. Król na pewno, by mu nie pozwolił. Dlatego też wymyślił jak może znów zobaczyć się ze Złocieńką. Po powrocie do domu uszykował się w najlepszą koszulę, spodnie i buty. Zabrał ze sobą kosz ulubionych owoców księżniczki. Potem udał się na podwórko, gdzie spał smacznie feniks i obudził go. Potężny, ognisty ptak miał ochotę podrzemać. Na prośbę przyjaciela jednak wstał. Obaj wzbili się w powietrze i ruszyli w stronę zamku. Lecieli tak, aby nie rzucać się w oczy. Nie było to łatwe, ponieważ żar bił od feniksa, a w dodatku wzeszła pełnia księżyca i rozświetlała ciemną noc. Było jednak późno, wszyscy spali. Nikt nie domyślał się, że jakiś śmiałek poleci w środku nocy do księżniczki. Minęli kilka wsi, pól uprawnych oraz niewielki las. Kiedy dotarli do zamku feniks ostrożnie podleciał do okna, za którym księżniczka miała swoją komnatę. Nie było to trudne. Przy oknie tym był balkon, a komnata znajdowała się w ogromnej wieży, która należała tylko do księżniczki. Nikt inny nie miał tam wstępu, jak tylko ona. Tak, więc feniks podfrunął nad balkon, lecz nie mógł wylądować. Balkon ten był dla niego za mały. Dlatego też Wojtek zeskoczył z feniksa i zastukał w okiennice. Złocieńka poderwała się do góry. Tak była zamyślona o Wojtku, że nawet nie zaczęła szykować się do spania, a w dodatku bardzo się wystraszyła. Usłyszała stukanie jeszcze raz. Za oknem pomimo późnej pory coś bardzo jaśniało. Złocieńka bała się, lecz podeszła powoli do okna. Odsunęła zasłonę. Zobaczyła Wojtka. Zaklaskała w rączki z radości i szybko poszła otworzyć drzwi na balkon. Wyszła do Wojtka i rzuciła mu się na szyję. Zaczęła go ściskać ze szczęścia. Po chwili opanowała się i ukłoniła przed swym narzeczonym, a on odwzajemnił jej ukłon. Ucałował rączki i rzekł:
– Najdroższa! Musiałem cię ujrzeć. Wiedziałem, że król nie pozwoli mi cię zobaczyć. Dlatego przyleciałem tu na grzbiecie feniksa. Czy zechcesz wsiąść ze mną na grzbiet mojego ognistego przyjaciela i odlecisz ze mną choć na chwilę?
Księżniczka zawahała się. Pomyślała jednak, że ma dość posłuszeństwa wobec ojca, który i tak jej nie kocha. Dlatego zgodziła się. Wojtek wspiął się na feniksa. Podał dłoń ukochanej i pomógł jej zająć miejsce przed nim. Kiedy księżniczka usiadła obok ukochanego, to feniks wzbił się w powietrze. Wysoko ponad chmury i odleciał daleko od zamku. Polecieli nad jedno z jezior Zielonej Doliny. Przy pełni księżyca było tam nocą wyjątkowo pięknie. Świerszcze przygrywały na skrzypcach jak najlepsi grajkowie. Lilie, które porastały brzeg jeziora przypominały królewski dywan. Wojtek zabrał nad właśnie ten brzeg Złocieńkę. Wziął ze sobą kosz jagód i usiedli oboje na zielonej trawie. Złocieńka ucieszyła się na widok ulubionych owoców. Nie rozmawiali tej nocy. Patrzyli po prostu sobie w oczy. W ciszy zajadali się jagodami. Trzymali się za ręce. Momentami odwracali wzrok ku jaśniejącej poświacie księżyca. Kiedy kosz był pusty Wojtek wstał. Poprosił Złocieńkę do tańca. Nie mógł liczyć na królewskich grajków, ale świerszczyki przygrywały równie pięknie. Złapali się za ręce i krążyli w koło z uśmiechem na ustach. W końcu przytulili się i w takim uścisku kołysali się raz w jedną, a raz w drugą stronę. Tak dobrze czuli się razem. Ukochana cieszyła się, że może być tak blisko gorącego serca swojego ukochanego. Nie chcieli wracać. Oboje jednak byli uczciwi. I choć księżyc świecił tak pięknie, a oni czuli się tak dobrze w swoich objęciach, to postanowili, że muszą wracać. Po kilku jeszcze drobnych, tanecznych krokach na grzbiecie feniksa pofrunęli na zamek. Wojtek ucałował najmilszą mu Złocieńkę w rączki i odleciał wraz ze swym przyjacielem. Złocieńka została na balkonie i wpatrywała się w oblicze ukochanego póki mogła. Szczęśliwa i stęskniona zarazem wróciła do swojej komnaty. Pierwszy raz od tak dawna położyła się do łóżka i zasnęła z uśmiechem na twarzy.