Fragment „Siedem dni do zakochania” rozdział VI
I
(…) Nie pomyślałabym wcześniej, że mógł tak się skończyć. Kiedy mam zamknięte oczy, to widzę jego spojrzenie. Pełne uczucia i zachwytu. Od wypadku do pocałunku. Zastanawiałam się, czy on nie zrobił tego specjalnie…? Czy nie przewrócił się specjalnie? Tylko dla tego pocałunku? Chociaż nie wydaje mi się. On nie umie udawać. Jest szczery do bólu. Lubię go za to. A jeszcze bardziej za jego czułość i troskę. Ale nie tylko. To jak bardzo jest męski, to przyciąga ogromnie. Silny, przystojny mężczyzna gotowy do obrony w każdej chwili. Niesamowicie mnie to przyciąga do niego. Po tym jak mnie pocałował jeszcze bardziej. (…)
II
(…) Im dłużej z nim jestem, słucham go i patrzę na niego, to tym bardziej tak myślę. Wydaje mi się, że on nie jest na mnie zły. Chyba podziela moje zdanie. Czas jest potrzebny. Jednak my mamy go niewiele. Uśmiecha się. Czy on powstrzymuje śmiech? Co on tak patrzy na moje nogi? Aaa! Aaa! Pająk! Ptasznik! O matko! Zabierz go! Ratunku! To mnie zaraz zje! Zabierz go! Fuj! Fuj! Fuj! Nie śmiej się! Spadł! Gdzie on jest! Mario! Nie śmiej się! Co nie właź na mnie?! Gdzie on jest? Widzisz go?! — Udusisz mnie kobieto! Nie ma go! — Na pewno? Nie ma go? Ale na pewno? No dobra… Już spokój. Myślałam, że umrę. Widziałeś jaki on był wielki?! Obrzydlistwo! Nie śmiej się… To nie jest śmieszne… Co się tak patrzysz…? Przecież bym cię nie udusiła. Ewentualnie znów byś się przewrócił. (…)
V
(…) Noga znów mi doskwiera… Mario wciąż podsuwa mi maść. Chyba trochę przesadza… On ma jednak inne zdanie. To on prowadzi te „wycieczkę” i nie mam nic do gadania. — Nie marudź… Jesteś pod moją opieką. — Dobrze… Dobrze. Póki co mogę cieszyć się widokiem. Urokliwa rzeka, ptaki, świeże powietrze. Być może czeka mnie syty obiadek pieczony na ogniu. Ryba i ptasznik… Za pierwszym razem jakoś go zjadłam i nie był zły, ale po tym, co mnie spotkało po drodze, to go nie tknę. Za nic w świecie! Nie ma mowy! Wystarczy mi ryba. Chociaż jak na razie, to nie ma nic. Tylko gadanie… (…)
VII
(…) Zwykłą, zieloną trawę. Może dlatego, że kocham zieloną trawę, a szczególnie jej zapach. Jest cudowny. On nie widzi nic niezwykłego, ale wystarczy, że ja widzę. Jego śmiechu też mi wystarczy. Dlatego idę dalej. Drzewa, liście, kwiaty… Będzie mi tego brakować… Tego piękna! Za każdym razem, kiedy spojrzę w górę zapiera mi dech! Jakie te drzewa są ogromne! I ile tam jest żyjątek!? Skaczące małpki, ptaki i wiele innych, które są zbyt małe, żeby je dostrzec. Wszystko mnie tu zaskakuje! Szczególnie pomysłowość Maria. Znów zmierzamy do jakiegoś drzewa. Po powrocie wybuduję sobie domek na drzewie… Hm… Ale to nie będzie to samo… (…)
Kolejny niezwykły rozdział. Kiedy czytam teraz te fragmenty, to bawią mnie i wciągają zarazem 🙂 Wśród wielu różnych wypadków lub upadków, spojrzenia dwojga ludzi łączą się, a ich serca biją z każdą chwilą coraz mocniej. Śmieję się, gdy przypominam sobie, jak powstawała ta niezwykła opowieść… Zabawna i skomplikowana znajomość pewnych dwóch osób oraz ogromna fascynacja dziką Amazonią 🙂 Pamiętam, że zaraz po napisaniu tej opowieści miałam wielkie perspektywy i kompletny brak cierpliwości… 😀 Miliony sprzedanych egzemplarzy, ogromne zarobki, setki spotkań autorskich 😀 Wszystko to idzie jednak trochę wolniej, ale dziś nie jestem już tak nastawiona na zyski 🙂 Cieszę się tym co mam, tym co dał mi Bóg. Ale kto wie…? Może pewnego dnia „Siedem dni do zakochania” będzie bestselerem 😉
Pozdrawiam
Kmacisia ❤