Nadszedł nowy dzień. Pierwsze promyki słońca przedzierały się przez zamknięte jeszcze okiennice. Na ganku po cichu ćwierkotały wróble, a gdzieś w oddali słychać było pohukiwanie sowy. Po dworskich komnatach snuła się jeszcze cisza minionej nocy, tylko w gabinecie Hrabiego dało się słyszeć rozmowy. 

   - Weźmiesz ten list i dostarczysz go prosto w ręce Króla. - powiedział Hrabia Henryk.

   - Nie zatrzymuj się bez potrzeby i wróć jak najprędzej ze wszystkim, co otrzymasz od Króla. - dodał.

   - Dobrze Panie Hrabio. - odparł posłusznie poseł i prędko opuścił gabinet.  

Szybkim krokiem ruszył do kuchni, wziął dla siebie strawę na drogę, wskoczył na konia i pogalopował do zamku. Hrabia zaś usiadł w swoim fotelu i podparty o lewą rękę, rozmyślał o swoich córkach. Nie wiedział, co się z nimi stało. Nie przypuszczał, że jego własne dzieci mogą być tak podłe. Tak myślał i myślał, kiedy ktoś zapukał do drzwi. 

   - Wejść! - powiedział Hrabia.

Przez drzwi powoli wślizgnął się Witold, ukłonił się grzecznie wujowi, a następnie usiadł w fotelu obok niego. Milczał przez chwilę, czekał, aż wuj pierwszy zabierze głos. 

   - Wyprawiłem posła na zamek. - powiedział w końcu. 

   - Zdąży? - zapytał zmartwiony Witold. 

   - Z pewnością. - odparł Hrabia, po czym dodał - Powiedz mi, czy nie za ostro potraktowałem moje córki? 

   - Wydaje mi się, że to dobrze utrze im nosa. - odpowiedział z lekkim uśmiechem na twarzy Witold.

Hrabia Henryk westchnął głęboko, wziął do ręki filiżankę z herbatą i zwilżył nią usta. Była już zimna. Odstawił ją na talerzyk i spojrzał zmartwiony na Witolda. 

   - Nie wiem czy to je czegoś nauczy. - westchnął jeszcze raz Hrabia.

- A Hrabia i Baron? - dodał smutno - Tylko się na mnie rozgniewają. 

Witold pomyślał chwilę i powiedział: 

   - Wuju! Nie pisz do Hrabiego i Barona. Nie odwołuj także zaproszeń. Niech bawią się z twoimi córkami na balu. Nic im jednak nie mów. Niech odpracują swoją winę, by pójść na bal.

Hrabia zastanowił się nad tym niezwykłym pomysłem, podniósł brew i odparł:
   
   - To wspaniały pomysł. Tak zrobię!

Pan domu wstał szybko, po czym spojrzał na Witolda i z uśmiechem powiedział:

   - Będzie z ciebie dobry król.

Witold ukłonił się tylko z uśmiechem wujowi. Po chwili obaj opuścili gabinet i udali się na śniadanie. 
 
 W domu panowała cisza, jakby dalej wszyscy spali. Tylko przy kuchni krzątała się służba. Gdy obaj panowie przekroczyli próg jadalni, bardzo się zdziwili. Przy stole siedziała Zuzanna i jej macocha. Córki Hrabiny nie chciały zejść na śniadanie. Obraziły się na ojca za okrutną decyzję, którą podjął poprzedniego dnia przy kolacji. Hrabia zmarszczył brwi na ten widok, lecz bez słowa zasiadł do stołu. Śniadanie mijało w ciszy. Świeże bułeczki, gorące mleko, miód, twarożek i powidła. Same smakołyki. Przez moment wydawało się, że wszystko jest w porządku, gdy nagle odezwała się Hrabina. 

   - Mój drogi! Pozwolisz, by twoje córki, głodne i same, spędziły poranek? 

Hrabia zdumiał się na te słowa i odparł:

   - Oczywiście, że nie najmilsza!

W tej samej chwili posłał po Elżbietę i Grażynę. Gdy tylko się pojawiły, ojciec zaprosił je do stołu i powiedział:

   - Moje drogie córki! Przemyślałem swoją wczorajszą decyzję i postanowiłem...

Wnet przerwała mu Grażyna. 

   - Już wiesz ojcze, że popełniłeś błąd. Nie musisz nas przepraszać. - odparła dumnie.

Hrabia zmarszczył jednak groźnie brwi i kontynuował.

   - Postanowiłem, że musicie zapracować, by pójść na bal. Jeśli wasze zachowanie wciąż będzie tak niedopuszczalne, to spędzicie tańce w naszej kuchni. 

Siostry, aż wzdrygnęły.

   - Ojcze! - zawołały razem. 

   - Nic nie mówcie! Zaczynacie dziś. - odparł spokojnie Hrabia.

Siostry zamilkły i ze skwaszonymi minami jadły dalej śniadanie. Ich matka tym razem nic nie powiedziała. Zaczęła obawiać się, że jeśli wstawi się ponownie za niesfornymi córkami, to straci ogromne przywileje, jakimi darzy ją Hrabia. Reszta śniadania upłynęła już w pozornie miłym spokoju. Nikt nie wiedział, co przygotował dla Elżbiety i Grażyny Hrabia. 

 Z nastaniem południa wzmógł się ruch we dworze. Parobcy szczotkowali konie, zmieniali siano i słomę w stajni na świeżą. Służba w domu powoli przygotowywała się już do obiadu. W kuchni obierali ziemniaki, marynowali mięso do pieczenia, w jadalni szykowali dom na przyjście domowników. W salonie zaś siedziała żona Hrabiego z dwiema córkami. Każda z nich delikatnie oparta o poduszkę, haftowała na tamborku wiosenne kwiaty. Z dumnie uniesionymi głowami udawały, że nic się nie wydarzyło, jakby wcale nie czekała ich praca. 

   - Elżbietko! Spójrz na te narcyze! - powiedziała zachwycona swoim haftem Grażyna. 

- Wspaniałe! A spójrz na te żonkile! - odparła dumnie Elżbieta.

- Ale to nie są żonkile, tylko narcyze. Wyglądają tak jak moje! - zaśmiała się Grażyna. 

Elżbieta prędko chciała odpowiedzieć coś złośliwego siostrze, lecz szybko przerwała jej matka.

   - Córeczki! Moje drogie! Dama nie zachowuje się w tak opryskliwy sposób. Narcyze to żonkile. Wracajmy do swoich zajęć. - powiedziała stanowczym tonem Hrabina.

Dziewczęta wymieniły się jeszcze głupimi uśmiechami i wróciły do haftu. Nagle z korytarza usłyszały piękny i lekki śpiew, jakby sam anioł przechodził się po ich domu. To Zuzanna idąc z małej, przydomowej biblioteki do komnaty, nuciła sobie wesołe piosenki. Lubiła śpiewać, a także zanurzać się w świat wyobraźni. 

   - Zuzanno! - ukłonił się nagle przed nią Witold - Pięknie śpiewasz, niczym skowronek.

Dziewczyna zarumieniła się i uśmiechem podziękowała młodzieńcowi.

   - Czy ofiarujesz mi wieczorem spacer? - zapytał Witold.

   - Jeśli tylko tata się zgodzi. - odpowiedziała Zuzanna i z ogromnym uśmiechem na twarzy pośpieszyła do swojej komnaty.

Wszystkiemu przysłuchiwały się jej siostry i gotowały się z zazdrości.

   - Mamo! Dlaczego ta głupia gęś została zaproszona na spacer, a nie my?! - niemalże wykrzyczała Grażyna. 

   - Być może przez brak niewyparzonego języka. - odpowiedziała oschle jej matka.

Miała już dość wybryków córek i nie chciała ich zachęcać do dalszych głupstw. Odpowiedź matki nie zadowoliła, jednak oburzonych dziewcząt. Elżbieta odłożyła tamborek i szybkim krokiem wyszła z komnaty. Na korytarzu stał jeszcze Witold, przez chwilę wpatrywał się w Zuzannę idącą do swego pokoju. Elżbieta uczepiła się jego ramienia i w bardzo zalotny sposób zapytała:

   - Witoldzie! Czy pójdziesz ze mną do biblioteki? 

Trzepotała rzęsami, usta zamieniła w dzióbek gotowy na całusa i czekała na odpowiedź. Młodzieniec zgrabnie uwolnił się z jej objęć i odparł: 

   - Wybacz Elżbieto, ale to nie należy do moich zadań. 

I szybkim krokiem udał się do stajni. W dziewczynie, aż się zagotowało. Zaczęła piszczeć i tupać nogami. Było ją słychać w całym domu. Matka i siostra próbowały ją uspokoić, lecz ona z niezadowolenia piszczała jeszcze głośniej. W pewnej chwili stanął przed nią Hrabia. 

   - Elżbieto! - powiedział twardo.

Dziewczyna nagle zamilkła. Pochyliła głowę i zrobiła się jeszcze bardziej czerwona niż była.

   - Dziewczęta! - powiedział jeszcze raz - Proszę ze mną.

I ruszył w kierunku drzwi wyjściowych. Córki kroczyły w ciszy za nim. Doszli do ganku, na którym stały zdobione kasztanami popielniczki.

   - Moje drogie córki. Tak jak powiedziałem dziś rano, macie czas do balu, by na niego zapracować. Dobrym słowem i czynem. Dziś wyniesiecie razem cały popiół z kuchni, a następnie wysypiecie nim dróżkę do kurnika, stajni i studni. Macie czas do wieczora.  - powiedział stanowczo Hrabia.

Następnie szarmancko złapał za dłoń żony i udał się z nią do salonu na herbatkę. 
 W tym czasie Witold uwijał się z parobkami przy koniach. Przynosił belkę za belką. Tak dobrze szła mu praca, że już wkrótce wymienił słomę wszystkim koniom. Stanął na chwilę i podparł się o drzwi stajni. Wpatrywał się w okno Zuzanny. Siedziała przy oknie w wysokim fotelu i czytała książkę o przygodach kilku przyjaciół. Przez delikatnie zamarznięte szyby, młodzieniec dostrzegał zarys jej pięknej osoby. Drżał z zimna, lecz wpatrywał się w nią dalej. Czekał na obiecany spacer, gdyby tylko mógł, zabrałby ją już teraz. Miał jednak swoje obowiązki, które pilnie wykonywał.

   - Witoldzie! Zamknij już te drzwi. Zimno nam i koniom też! - powiedział jeden z parobków.

   - Wiemy, że jesteś zakochany, ale teraz musisz okazać trochę miłości pracy. - zaśmiał się drugi.

Młodzieniec odpowiedział im szczerym uśmiechem i wziął się za przynoszenie ziarna koniom. Miał jeszcze do wyczyszczenia siodła i wóz. Mimo tak ciężkiej i brudnej pracy, mijała mu ona przyjemnie. Każdą chwilę rozjaśniała mu myśl o pięknej ukochanej. Przynosił całe wiadra owsa i karmił każdego konia po kolei. Gdy tylko skończył, w stajni pojawiła się Zuzanna. Przyniosła pracującym w stajni grzane wino.

   - Coś na rozgrzanie moi panowie. - powiedziała z uśmiechem dziewczyna. 

Postawiła tacę na drewnianej półce i rozdała parobkom kubki z gorącym napojem. Na końcu podeszła do Witolda. Chłopcy pili wino i słali do przyjaciela śmieszne miny. On jednak udał, że ich nie widzi i wsłuchiwał się w każde słowo Zuzanny. 

   - Witoldzie. Ojczulek pozwolił mi iść z tobą na spacer wieczorem. - uśmiechnęła się do niego i dodała - Mam nadzieję, że przyjdziesz po mnie.

   - Oczywiście! - odparł Witold. 

Dziewczyna bardzo się ucieszyła, zabrała tacę i wróciła do domu. Zaraz szybko podeszli do Witolda parobcy i stukając go ramieniem, jeden mówił przez drugiego:- Oj Wiciu! Wiciu! Na spacerek idziesz z córką Hrabiego! Oho ho! Wiciu! Oho ho!

I tak śmiali się razem przez dłuższą chwilę. Witold poklepał przyjaciół po ramieniu, wypił grzane wino do dna i wrócił do pracy. Po kolei szorował każde siodło. Dokładnie czyścił wóz. Szorował, skubał każdą deseczkę. Potem sprawdzał, czy któraś deseczka czasem nie pękła lub nie spróchniała. I tak uwijał się, aż do wieczora. Gdy zapadł zmrok, panowie zapalili lampy przed domem i każdy wrócił do siebie. Witold zaś udał się do domu wuja. Umył się, przebrał w wyjściowe ubranie i szybkim krokiem ruszył do komnaty Zuzanny. Gdy tylko wychylił się zza drzwi swojego pokoju, drogę przestąpiła mu jedna ze służek. 

   - Hrabia prosi na posiłek do kuchni. - powiedziała.

Młodzieniec westchnął i udał się razem ze służką. Zeszli po schodach na dół, minęli kilka pomieszczeń i weszli do kuchni. Hrabiego, jednak tam nie było. Przy drewnianym stoliku czekał za to gorący posiłek. Witold usiadł bez słowa i zaczął jeść. Łyżka za łyżką, spieszył się bardzo. Kucharz z kucharką poczęli się z niego śmiać.

   - Spokojnie! Witoldzie! Zuzanna ci nie ucieknie. - żartowali.

   - A skąd wy wiecie? - zapytał zaciekawiony.

   - Jak to skąd? Hrabia kazał Elżbiecie i Grażynie wynieść popiół z kuchni. Patrz jaki bałagan przy drzwiach! - kucharz wskazał na rozsypany popiół, po czym dodał - Przez cały czas kłóciły się o bal i z zazdrością mówiły o tym, że zaprosiłeś Zuzannę na spacer.

Witold przełknął ostatnią łyżkę gorącej strawy i powiedział:

   - Chyba wolałbym pocałować żabę, niż pójść na spacer z tymi ropuchami...

   - Oj Wiciu! - powiedział kucharz - Jesteś zbyt okrutny.... Nasze szlachcianki są bardzo śliczne.

   - Tylko charaktery mają paskudne! - dodała kucharka.

Młodzieniec przytaknął kucharce i podziękował za posiłek. Przez chwilę śmiał się w duszy z kary jaką dał niesfornym siostrom Hrabia. Prędko wrócił jednak myślami do dziewczyny, która oczekiwała jego przyjścia. Wziął z sobą swój kożuch i jej zimowy płaszcz. A gdy stał już pod drzwiami jej komnaty, zastukał lekko. Zza drzwi zaraz wychyliła się Zuzanna. Uśmiechnęła się na widok Witolda. On zaś pomógł jej włożyć na siebie płaszcz, po czym użyczył jej swojego ramienia i wolnym krokiem opuścili dom. 
 Szli oparci o siebie po długich, obsypanych popiołem dróżkach przed domem. Drogę przyświecał im księżyc i tlące się dookoła lampy. Nie przeszkadzało im zimno, ani śnieg dookoła. Kroczyli bez pośpiechu ciesząc się swoim i tylko swoim towarzystwem. Gdzieś w oddali huczała sowa, ze stajni słychać było ciche parskanie koni, a przy ogromnej bramie wesoło poszczekiwały psy, domagając się pieszczot. Zuzanna złapała Witolda za dłoń i podeszła wraz z nim do dużych czworonogów. Wspólnie głaskali i drapali za uszkiem wszystkie pieski. Dziewczyna śmiała się do nich, a one odwdzięczały się, wesołym machaniem ogonka. Witold patrzył na nią, jak miłością obdarzała każde żywe stworzenie. Złapał ją za dłoń, a ona spojrzała mu prosto w oczy. Przez chwilę byli tak w siebie wpatrzeni. Młodzieniec dotknął jej rumianego policzka. Wpatrzony w nią, niczym w obrazek, chciał skraść jej całusa. Gdy nagle wskoczył na niego jeden z czworonogów i zaczął lizać go po twarzy. Zuzanna poczęła głośno chichotać, po czym pomogła mu wstać. Uśmiechnęła się do niego, oparła o jego ramię i udali się w dalszą drogę. Nic nie mówili, szli obok siebie długą dróżką dookoła dworskiego podwórza. Śnieg zaczął prószyć i księżyc skrył się za chmurami. Drogę oświetlały już tylko tlące się lampy. Weszli do stajni. Dziewczyna przywitała się z każdym koniem muskając go delikatnie po pysku. Krok po kroku i znów byli na zewnątrz, szli dalej. 
 Śnieg padał co raz mocniej. Witold zatrzymał się i przyciągnął Zuzannę do siebie. Jedną ręką objął ją w pasie, a drugą trzymał ją za dłoń. Delikatnie kołysali się dookoła. Młodzieniec ostrożnie obracał ukochaną, by tak przypadkiem się nie poślizgnęła. Po kilku obrotach znów przyciągnął ją do siebie i bez zastanowienia pocałował w usta. Dziewczyna zarumieniła się i pochyliła lekko głowę, by ukryć rumieńce na twarzy. Ukłoniła się lekko, jakby w podziękowaniu za taniec i pośpiesznie wróciła do domu. Witold nie wiedział co się stało. Pobiegł za nią, lecz gdy wszedł do środka, Zuzanny już nie było. Na oparciu krzesła leżał tylko jej płaszcz. Młodzieniec zdjął z siebie kożuch, wytrzepał buty i pobiegł na schody. Tam zatrzymał go Hrabia. 

   - A ty dokąd? - zapytał zaciekawiony.

Witold zmieszał się, chciał coś z siebie wydusić, ale nie mógł.

   - Wiesz, że Zuzanna wbiegła do domu zarumieniona jak kwitnąca róża? - powiedział jakby pytająco Hrabia, po czym dodał - Myślę, że wypieki na jej licach od zimna nie były...

   - Drogi wuju! Hrabio... - dukał nieudolnie Witold - Ja... Ja... Pocałowałem Zuzannę.

Młodzieniec zmieszał się do reszty, przez chwilę bał się nawet reakcji wuja. W końcu ciemną nocą, na spacerze skradł jego córce całusa. Hrabia poklepał Witolda po ramieniu i rzekł:

   - Nie śpiesz się Witoldzie. Nie śpiesz się. 

Po czym doprowadził bratanka do komnaty, a sam udał się do swojej.