Mój Kopciuszek (VI)


Nastał kolejny skwarny dzień. Mgliste promienie słońca wdzierały się przez otwarte okiennice. Witold ociężale ocierał twarz, jakby chciał odgonić od siebie słońce. Mrużył oczy i powolnie zwlekał się z łóżka. Ta noc była dla niego przyjemna. Szybko zasnął i nawet się wyspał. Dokuczał mu tylko ból rąk i nóg. Nigdy w życiu się tyle nie napracował. Czuł też, że radość z przespanej nocy szybko minie. Kogut zapiał. I już po chwili pod drzwiami pojawił się Hrabia.

– Bratanku! Wstałeś już? – zapytał przez drzwi.

– Tak. – odpowiedział Witold.

Z ciężkim sercem podszedł do drzwi i je otworzył. Spojrzał na poważną minę swego przybranego wuja i ciężko przełknął ślinę.

– Dzień dobry. – odrzekł niepewnie do Hrabiego – Czy coś się stało?

Hrabia Henryk nic nie odpowiedział. Wszedł do izby, rozejrzał się, a następnie położył złożone w kostkę ubranie na łóżku. Poklepał Witolda po ramieniu. Uśmiechnął się i już miał wyjść, ale nagle odwrócił się. Podał młodzieńcowi rękę i odparł:

– Dziękuję Ci. Dziękuję Ci za wczorajszą kolację. Jesteś dobrym człowiekiem.

– Twoja żona wuju nie była zadowolona. – odpowiedział Witold.

– Pewnie dlatego, że nie kocha Zuzanny tak bardzo jak ja. – odrzekł Hrabia – Czekam na dole. Ubierz się.

Hrabia Henryk wyszedł z izby i Witold został sam. Poprawił łóżko. Założył lnianą koszulę i spodnie. Umył twarz zimną wodą i zaraz zszedł do jadalni. Wszystkie panny siedziały już przy stole. Po chwili pojawiła się też żona Hrabiego. Bez słowa usiadła do stołu. Witold usiadł obok wuja. Czuł się nieswojo. Grażyna i Elżbieta mierzyły wzrokiem młodzieńca. Nagle odezwała się Elżbieta:

– Gdzie ser? Czemu nie ma tu sera?

– Masz ochotę na ser, Elżbieto? – zapytał Hrabia.

– Ależ skąd, ojcze! – zaśmiała się Elżbieta – To dla naszego gościa.

Tym razem głos zabrała żona Hrabiego.

– Elżbieto! Być może dziś ty zjesz ser?

Elżbieta zaniemówiła. Niespodziewała się takich słów od swojej matki. Na pomoc siostrze ruszyła Grażyna. Wstała z krzesła i podniesionym tonem powiedziała:

– Matko! Co ty mówisz za głupstwa? Chyba dziś źle spałaś?

– Spałam znakomicie kochana Grażyno. Żadna z Was nie powinna, jednak dokuczać naszemu gościowi. – odpowiedziała poważnie żona Hrabiego.

Na tym wszelkie spory zostały zakończone. Służba przyniosła rodzinie smakowite śniadanie. Miód, dżem i wiele innych słodkości na chrupiący, świeży chleb. Najbardziej zachwyciło Witolda ciepłe mleko z lejącym się, złotym miodem. Wszystkie pałacowe pysznośności odchodziły na bok przy takim przysmaku. Czas śniadania szybko minął. Witold dokończył tylko ostatnią kanapkę i od razu Hrabia zabrał go do pracy. Tym razem wysłał go do stodoły. Młodzieniec poszedł bez szemrania. Po raz kolejny rozłożył ręce i nie wiedział co ma robić. W środku, aż pękał ze złości. Nie miał ochoty pracować, jednak w głowie wciąż brzmiał mu ojcowski rozkaz. Witold stał, więc tak bezradnie przed stodołą i patrzył się na ogromne, drewniane drzwi. Pomimo wczesnego dnia, słońce grzało go mocno w plecy. W dodatku kury, gęsi i kaczki biegały w koło niego, i skubały złośliwie. W końcu pojawił się parobek. Nie uśmiechała mu się praca z Witoldem, który nic potrafił robić. Chciał jednak zarobić na chleb i robił wszystko, co kazał mu Hrabia.

– Spójrz tam. – powiedział parobek i ręką wskazał na wielką górę belek siana.

– Patrzę. Mam się tam wspiąć? – zapytał przekornie Witold.

– Nie. Masz przerzucić wszystkie belki z sianem na drugi koniec stodoły. – odpowiedział parobek.

– I co jeszcze? – krzyknął zdenerwowany Witold. – Nie mogą te belki stać tam gdzie są?

– Nie. Hrabia chce tam położyć worki ze zbożem. – odrzekł spokojnie parobek.

– Przecież po drugiej stronie jest tyle miejsca! Niech od razu położy tu worki! – wykrzyczał Witold.

Patrzył na te górę siana i nie mógł uwierzyć,  że wuj kazał ma ją przerzucić. Oparł się o drzwi stodoły i załamał ręce. Parobek nie zwracał uwagi, jednak na grymasy Witolda i mówił mu dalej:

– To jest życzenie Hrabiego i masz je wykonać. Za drzwiami stoi taczka, widły i grabie. Będzie Ci łatwiej ściągać belki z góry widłami, a potem wozić je taczką. Jak skończysz, to zgrabisz resztki siana, a  potem pozamiatasz. Później do ciebie zajrzę.

Na tych słowach parobek zakończył mowę i odszedł do swoich zajęć. Witold niezgrabnie złapał za taczkę i zaczął ją pchać w stronę belek z sianem. Po chwili wrócił po widły. Trzymał je w dłoni i próbował wbić w belkę z sianem. W końcu mu się udało. Z całej siły szarpnął belką i wyciągnął ją ze środka góry. Nagle kilka kolejnych belek spadło z góry i uderzylo Witolda. Ten przewrócił się i uderzył głową o ziemię. Chciał wstać, ale belki go przygniotły. Zaczął więc wołać o pomoc. Wydawało mu się, że nikt go nie słyszy. Czuł ogromny ból i smutek, że właśnie teraz jest sam. Po kilku minutach nie miał już siły walczyć z belkami. Świat w koło niego zaczął wirować, a po chwili zamknął oczy i zasnął. Leżał tak kolejnych kilka minut, nie ruszał się i słychać było tylko jego ciężki oddech. Nagle w stodole pojawił się parobek, żeby sprawdzić, czy Witold sobie radzi. Kiedy tylko wszedł i zobaczył nieprzytomnego Witolda, to od razu rzucił mu się na ratunek. Zwalał z młodzieńca belki z sianem, i wołał z całych sił :

– Ratunku! Ludzie! Pomocy! Szybko!  Ratunku!

Na to głośne wołanie prędko zbiegło się całe podwórko z Hrabim na czele.

– Nie żyje? – zapytał jeden z hajduków.

– Oddycha! Ale źle z nim! – zasapał parobek.

Na te slowa Hrabia Henryk kazał szybko przenieść Witolda do domu i położyć w najlepszej komnacie. Wszyscy szybko się uwijali. Ten otwierał drzwi, a ten zamykał. Jedna służka ścieliła łóżko, a kolejne przynosiły ręczniki i gorącą wodę. Po dłuższej chwili młodzieniec leżał już w wygodnym łóżku. Na rozkaz Hrabiego sprowadzono lekarza, który opatrzył Witoldowi głowę. Każdy kto dziś przebywał we włościach Hrabiego, stał teraz pod drzwiami do komnaty, w której leżał Witold i czekał na to, co powie doktor. Wszyscy byli bardzo przejęci. Od bardzo dawna we wsi nie zdarzył się taki wypadek. Parobcy i hajducy, a także wszyscy służący dreptali od ściany do ściany. Żona Hrabiego i Zuzanna siedziały bardzo zmartwione w salonie obok, tylko Grażyna i Elżbieta udawały, że nic się nie stało. Roześmiane siedziały na werandzie i szydełkowały. W końcu po godzinie czasu, drzwi od komnaty otworzyły się, i wyszedł zza nich Hrabia i doktor. Zuzanna wybiegła zaraz z salonu i przystąpiła do ojca.

– Ojczulku! Co z nim? – zapytała bardzo zmartwiona.

– Na szczęście nic złego mu się nie stało. Wydobrzeje. – odpowiedział Hrabia.

– Bez obaw. – dodał doktor. – To tylko mały guz i parę siniaków. Zalecałbym jednak, aby pański bratanek poleżał w łóżku trzy dni i proszę go dobrze karmić.

Hrabia uścisnął dłoń doktora i odprowadził go do drzwi. Wszystkim w domu ulżyło. Szczególnie jednak parobkowi, który czuł się winny wypadkowi. Nie powiedział Witoldowi co i jak ma robić, ani na co uważać. Nikt nie pytał jednak co się stało, gdyż każdy cieszył się z tego, że wszystko będzie dobrze. Żonie Hrabiego także zrobiło się lepiej i szybko wróciła do swoich zajęć, tak jak cała reszta. Tylko Zuzanna przejęta całą sytuacją, dalej stała pod drzwiami owej komnaty.

– Możesz do niego iść. – powiedział nagle Hrabia. – Ktoś musi przy nim czuwać.

Zuzanna skinęła głową i uśmiechnęła się do ojca. Zaraz też odwróciła się i złapała delikatnie za klamkę. Uchyliła drzwi i weszła powoli do komnaty. Witold spał. Zuzanna usiadła na krześle obok jego łóżka i patrzyła na twarz młodzieńca. Jego policzki i czoło, były czerwone, i rozgrzane. Dziewczyna wyszła prędko, ale też po cichu z komnaty. Poszła do kuchni po zimną wodę i ręczniki.

– Jadziu, nalej mi do misy zimnej wody dla Witolda. – poprosiła, gdy tylko weszła do kuchni.

Kucharka nalała prędko wody i podała Zuzannie.

– I proszę jeszcze – powiedziała – zaparz świeżych ziół dla Witolda, zdaje się, że gorączkuje.

Kucharka zrobiła wszystko, tak jak prosiła ją Zuzanna. Po chwili w kuchni pojawił się Jakub i do niego także, dziewczyna skierowała prośbę.

– Drogi Jakubie! Przynieś mi świeży ręcznik i ugotuj rosół z kaczki dla Witolda.

Zuzanna uśmiechnęła się pięknie na koniec i wróciła do komnaty, w której leżał nieprzytomny nadal Witold. Dziewczyna postawiła misę z wodą na stoliku obok łóżka, po czym usiadła na skraju tego łóżka. Świeży ręcznik położyła na swoich kolanach i ponownie przypatrywała się twarzy młodzieńca. Wzięła ręcznik do ręki i zamoczyła w zimnej wodzie. Wicisnęła go i z największą delikatnością obmywała czoło i policzki Witolda. Z każdym dotykiem poliki powoli bledły, a gorączka zwolna spadała. Witold wciąż jednak się nie budził.

Ciąg dalszy nastąpi 😉

Reklamy

6 myśli w temacie “Mój Kopciuszek (VI)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d blogerów lubi to: